poniedziałek, 16 stycznia 2012
Masz jasną spódnice, idziesz szybko. Twoje ciemne włosy falują, nie brakuje ci pewności. Pojedyncza żarówka za tobą migocze, na ścianach jakaś paskudna boazeria. Czarna marynarka leży na tobie świetnie, szpilki nie pozwalają odwrócić wzroku. Idziesz szybko, nic nie mówisz. Łapiesz mnie za koszulę, uwielbiam to, w jaki sposób pachniesz. Przyciągasz mnie. Pociągasz.
piątek, 13 stycznia 2012
Piszę na przemian, taki rozbity, przekontrastowany. Z jednej strony tu, do ciebie, z drugiej tam, do spółki z kajmanów, która chce kupić akcje spółki polskiej, żeby zerżnąć ją najzupełnie, żeby ją wydmuchać i rozwiązać. Nie wiem, po co im to, nie angażuje mnie to zupełnie. Tobą, natomiast, chciałbym pojebać sobie życie. Do tego dodam tylko, że chciałbym zrobić to już dzisiaj. Nie obchodzi mnie przy tym, że się wstydzę, czy że ty się wstydzidz, czy że w ogóle nie mówimy o tym samym. Ja wchodzę w twój uśmiech, ja ładuje się w twoje włosy, ja przeciskam się pod twoimi kolanami, omijając śladzy ukąszeń szerszeni. To nie koniec jednak. Widzę, że określam się przy tobie żenująco. Mam świadomość, że opowieści tak nie śmieszą, że puenta gubi się z ideą, że generalnie bywa smutno. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że tak boleśnie topię się w swoich reakcjach na gapienie się na ciebie, że się w nich gubię i zamykam, przeżywam. Tak teraz dyskutuję z tobą. A ta spółka z kajmaną naprawdę chcę kupić tę polską. Mają czas tylko do jutra, a przez to dzisiaj potrzebują ten raport. Wiesz, jak go nie dostaną, to ktoś straci bardzo dużo pieniędzy i wprawi go to w pewne zakłopotanie. Ale, myślę, mocno pierdolę to jego zakłopotanie, kiedy tylko przez chwilę przypomnę sobie ciebie w czarnych rajstopach i w czarnej bluzce. Generalnie, kajmany przechodzą w abstrakcję. Ale OK, jeszcze chwilę, pójdę po colę, i ten.
niedziela, 08 stycznia 2012
niedziela, 25 grudnia 2011
wariacje z worda Gapię się na Ciebie. Jest noc, ja się gapię. Nie rozbieram się, jestem brudny, jestem zły, jestem całym sobą. Nie palę papierosów, po nich chcę mi się rzygać. Jestem sam, przez to czuję się ohydnie. Gapię się. Jesteś taka, ja pamiętam, jak jeszcze kilka sekund temu. Zupełnie nie mogę dostać się do Twoich nóg. Jestem pijany. Ale to chyba się nie liczy. Ty też jesteś, bywamy tacy razem. Zalewa nas, toniemy, już nie mogę oddychać. Kiedy patrzę na Ciebie, ja nie mogę oddychać.
niedziela, 18 grudnia 2011
Uniesienia wirtualne. Oraz uniesienia nie-wirtualne. Przecież nie realne. Piżamy brak, są za to koszule w kolorze okien, w które uzbrojony jest budynek, w jakim spędzam całe swoje życie.
niedziela, 13 listopada 2011
Strasznie nie obchodzą mnie hasła i symbole, krzyki, postawy. Nie lubię nowych filmów alena, stare kręcą mnie tylko częściowo. Nie zwracam uwagi na opinię moich znajomych, czy znajomych mych znajomych. Wiedzę, że mają coś do powiedzenia, nie wierzę jednak, że mi. A już tragedią jest to, że ktoś mówi mi, że nie lubi piosenki, dla której, zupełnie bezmyślnie, ostatecznie, za wszelką cenę, oddałbym życie. Energia jest ukryta, gdzieś ponad tkanką tego wszystkiego w około. Ja wiem, że jest ukryta, bo czułem ją już wcześniej wielokrotnie. Boi nas amnezja naszych uczuć, to, że czujemy się dziś koszmarnie z powodów, które tydzień wcześniej są powodem do radości, a tydzień później do bolesnej konsternacji. Zwijam się w sobie strasznie wąsko, nie zostawiam ani centymetra na zewnątrz. Nie chcę mi się rozmawiać. Ale wiem, że jeszcze mi się zachce.
niedziela, 23 października 2011
środa, 28 września 2011
Jest środa, 28 września 2011 r. Jest ciężko, to bez wątpienia. Umowy leasingu mnie szmacą, rzucają mną o ścianę, nie żywią żadnego szacunku. Jest naprawdę ciężko. Na klawiaturze piszę szybko, nie mam wiele czasu. Piszę głośno, by mnie słyszano, kiedy myślę. Przecież nie ucieknę.
wtorek, 30 sierpnia 2011
Siedziałem w Londynie na ławce, tak brzydko ubrany, tak nieprzeciętnie polski i zza ściany, słuchając muzyki przeoranej stylem. Sytuację męczył paradoks, bo skoro ja taki polski, taki nijaki, z taką muzyką jednak, z wyczerpującym pragnieniem stylu wewnątrz, który trawił mnie, trawiąc, zresztą, nadal. W tych warunkach byłem tobą przemoczony. Czas mijał, spowijaliśmy się mrozem na przemian, najpierw ja, potem Ty, potem jeszcze kilka osób. Samoloty ostatecznie stały się dla nas bezlitosne, bo wykończyły, wykorzeniły do cna, do suchej gleby, moje nadzieje. Rozrzuciły nas po świecie, nie pozostawiając złudzeń, nie dając podstaw do dyskusji. Nienawidzę samolotów, choć leci się przyjemnie. Uwielbiam w szczególności pikowanie na przedmieściach Sztokholmu, stanowiące przedsmak szerokich ulic, bogatego króla, mojego sklepu z muzyką. W rezultacie, siedzę sam, łapiąc za mgliste zwroty uczuć, których przecież nie sposób wyartykułować, co dopiero poczuć na nowo, na nowo rozpalić, rozwinąć się wewnątrz. Siedzę i łapię, będąc w tym tak nieodpowiedzialny, wobec całej reszty świata. A reszta świata rości sobie wiele. Stawia mnie naprzeciw intrygująco trwałe ekobudynki, nowe garnitury, przekształcenia, fuzje i przejęcia, sprawy karne, znęcających konkubentów, znęcane konkubiny, kobiety o imionach jak księżniczki – Damaris, Keisa, Bóg jeden wie co jeszcze. Reszta świata pęta i wynaturza, chwyta za dłonie, za szyję, łapie za oczy, ściska pośladki, ciągnie za włosy, za jaja. Czasem uda uciec się na chwilę, uciec na leżąco, bo reszta świata nie potrafi się zatrzymać, kręci się wokoło, więc by jej zbiec należy się położyć. Należy się położyć tak bardzo, należy zamknąć oczy tak mocno, należy nie myśleć tak długo, a czuć tak namiętnie, by reszta świata miała nas zupełnie dosyć. Wtedy jest się ze sobą, na moment. Na jeden przeraźliwie dziki moment. Szkoda mi tych czasów, kiedy kupowałem wino, włączałem nową wtedy dla mnie muzykę elektroniczną i patrząc w monitor upijałem się do nieprzytomności. Tak, myślałem wtedy m. in. o tobie, ale ty nie byłaś przyczyną dramatu, a jedynie jednym z pól, na których, wskutek mych decyzji, on miał miejsce. Tych pól, po przejściu których chłopiec staje się mężczyzną, i wiesz, takie tam, szpargały. Czasy te nie minęły jakoś nagle, nie wobec jakichś ważnych zdarzeń, nie w rytm płaczu, zaciśniętych pięści czy marszów chwalebnych. W pewnej chwili zacząłem mieć strasznie dużo do czytania, zakopałem się niemal w kartkach różnej treści i czytam już na dobre. I obawiam się, że w chwili obecnej nie mogę odłożyć tego na później. Chociaż dalej szukam stylu, ale w pewnym zakresie myślę, że jestem skazany na jego brak. Niestety, nie będę piękny, jak chłopaki z platynki, zgrabnie tańczący, jak chłopaki z Polsatu, czy elegancko poubierany, jak chłopaki z sąsiedztwa. Nawet nie wiesz, jak się staram, ale zawsze coś stoi na przeszkodzie. Ostatnio, na ten przykład, kupiłem sobie rower. Za chwilę kupię do niego pompkę, a później będę jeździł. I chuj mnie będzie obchodzić, jak wyglądają chłopaki z platynki. To jest ten mój problem właśnie. A czas leci nadal. Piję kawę na Białostockiej, tak samo niesmaczną, jak zawsze. Pewne standardy wchodzą w kręgosłup naszej egzystencji, stając się akceptowaną, negatywną konsekwencją tego, co lubimy. Bo przecież ja tak lubię Białostocką.
piątek, 29 lipca 2011
|