piątek, 08 stycznia 2010
Coś o słowach. Coś, co pozwoli tylko stwierdzić, że ich nie ma. W tej chwili nie jestem władny powiedzieć, gdzie one są. Wiem wyłącznie, że cierpią, że gniotą się biernie, że cierpią gdzieś w okolicy; wciąż istniejące wspomnieniem, tak bardzo nieobecne. 

Siedząc tutaj, chcąc mocno coś wydostać z siebie, widzę tylko, że są fakty. Są, jako beznadziejny substytut, tlący się pośród wystukanych brzmień starych rapowych piosenek, z pod przerw w szynach, które irytuje pociąg. Jestem przekonany, że fakty te nie są tym dokładnie, czym chciałbym być motywowany. By chodzić, by kochać, by się cieszyć, by iść na fajkę, żeby otworzyć dwoje oczy w afirmacji kolejnej sekundy, lepszej, niż ta genialna przed chwilą. 

Fakty powodują kilka rzeczy, idiotycznych. Powodują, że siedzę z kolegą, pogrążony w niesmaku niesmacznej rozmowy, co do której wiem że spaja ją zboczona chęć zanegowania wszystkiego, a w konsekwencji odnalezienie konsensusu umilającego chociaż najbliższy tydzień. Fakty, te które stwarzają mnie świetnego we wtorek, kiedy jedna siedzi przy stoliku w po godzinach, pełna stylu, seksu, niezależnego spojrzenia; te same fakty, które w czwartek pozwolą mi unieść się poza poziom przyciasnych spodni na chwilę przed 19, żeby upaść po 21. Właśnie one, które sprawiają, że zasadniczo nie znam swojej polityki co do następnego tygodnia, chociaż jeszcze kilkanaście tygodni temu byłem jej bardziej pewien, niż tego, że uwielbiam cię w szpilkach. 

Wciąż rap, tak wykładnia mijających chwil. Jest taki bezwładny, taki płynący, pulsujący w kontekście budujących się myśli, tak samo bezwładnych, pulsujących. 

Wracam do słów, nie wiem, czy tylko dzisiaj, czy na chwilę dłużej. Nie wiem, ale jestem cokolwiek świadomy, że robi się zupełnie inaczej. 

Absolutnie inaczej.
poniedziałek, 09 listopada 2009
Dwadzieścia po ósmej. Rano. Głowa ledwie uniesiona nad filiżanką. W niej nostalgiczny kawał czasu, co kapie na spodnie. Zbyt jednoznacznie, żeby podjąć reakcję. 
czwartek, 14 maja 2009
Dzień już się nie kończy. Jest koło pierwszej, słońce wstanie już za chwilę, chociaż trudno przyjąć, że zaszło. Ostatnio siedzieliśmy na balkonie, nocą, tak nieporadną nocą, której mieliśmy dosyć i kiedy tęskniliśmy do tej zrozumiałej. Bo teraz widać wszystko. Ludzi, walcząych z bezsennością; rowery, już zużyte, po kolejnym sezonie, od dwudziestu kilku lat; drzewa, które zawsze są zielone. 

Widać wszystko. Nie widać tylko ciebie. To trochę jak tarot. Przerzucam karty, cokolwiek by na nich było ciągle zatrzymując się na jednej, jakkolwiek geograficznie byłbym niezależny, autonomiczny, nietrzeźwy. Na tej jednej. Z tym ostatnim pocałunkiem o godzinie piątej rano trzynastego stycznia bieżącego roku. 


piątek, 01 maja 2009
Elizavety nie ma.

Ja jestem.

Cały, z bagażem stylu, wielowątkowy.
czwartek, 30 kwietnia 2009
Jest Elizaveta.

A mnie już nie ma.



poniedziałek, 06 kwietnia 2009
niewygodnie
Jakkolwiek paranoicznie, jest zimno. W domu, w szkole, pracy, podobno tobie w plecy, gdzieś między Haapaveden a Rovaniemi. I nic sobie z tego nie robię. Dzisiaj ja to pieprzę, dzisiaj trwam w konflikcie pomiędzy the clash of civilization, oknem zażaluzjowanym, fochem w kuchni. I tak mi niewygodnie.

Myślę, że byłoby świetnie podnieść jeden ze swoich telefonów komórkowych - wcześniej odkładając papierosa do popielniczki - wykręcić ten świetnie znany numer i szczęśliwie się do ciebie nie do dzwonić. Wziąłbym tego papierosa spowrotem i okłamał się poraz kolejny, że w przestrzeni, na której orientuję się ja i świat, wszystko jest genialnie. Bardzo się cieszę, że dzisiaj znowu będzie tak świetnie.

A foch w kuchni trwa dalej, foch w rudych włosach, foch w piżamie, foch namiętny, foch, który nie mówi po angielsku. Foch fiński i rosyjski, foch wrażliwy, foch wstrzemięźliwy, foch zawstydzony, foch kilkunastoletni. Jest tam kiedy mnie nie ma, kiedy jestem, kiedy oba naraz, jak po pijaku chociaż siedząc, staram się być ponadto. Geograficznie.

Szalenie niewygodnie.

Fochu, bym cię objął, bym cię dopadł, bym cię zdefraudował, bym cię podsumował, bym cię stworzył i zakończył, bym ci nowe życie wymalował. Ale dzisiaj tak mi się nie chce, tak mi obłędnie niewygodnie. 
poniedziałek, 30 marca 2009
Przeklęty mróz, zamarznięte klucze-słowa, w których staram się ciebie upchnąć. Nie podoba mi się to z jaką nonszalancją się wymykach, z jaką ironiczną gracją mijasz się z tym wielkim szałem, jaki dla ciebie buduję. Jestem sam, ginę w tłumię wspomnień, sypię się poprzez konteksty pamięci lądując w twojej personalnej popielniczce.

Zrobiłaś źle, popełniłaś ten nierozsądny błąd. Rozlałaś się we mnie jak rak, zniszczyłaś mnie jak wirus, pogniotłaś mnie, jak papier. Pod kołdrą i na krześle szarpię swoje nerwy, wyciągam je za akson topiąc się w tej bezpamięci. Pod kołdrą i na krześle jestem stworzycielem bólu na życzenie, cierpienia w zestawie, żalu, tak plastikowego.

Dzień już się nie kończy, zgwałcony przez młodą rosje i zapach zwierzęcego seksu w obawie przed cienką ścianą. Seksu z nieprzyjemnym posmakiem w ustach w duchocie nieznośnej, w niedomówieniu jak to, co teraz czytasz. Chyba zacznę uciekać.

Kurtka na plecach, rower i wydrukowany śnieg w każdym milimetrze kwadratowym przestrzeni. Brązowa torba. Pełna uniesień.

Jadę do ciebie.
wtorek, 17 lutego 2009
26
Chronologicznie ułożonych 26 niewątpliwie banalnych powodów, dla których nie powinno cię być tam, a w drodze tu:

1. masz skandynawską urodę, a ja znam wszystkie piosenki
2. w śniegu znajdujesz telefony, z których potrafisz do mnie zadzwonić
3. przywozisz szalik, kiedy zapominam
4. bo biegasz równie szybko jak ja
5. rodzice wyjeżdżają w maju, a w ogródku jest leżak w kontekście seksualnym
6. nie spałem z joanną
7. londyn podpowiada, do jakich rozmiarów można kochać
8. nie zawsze firma spedycyjna gwarantuję efekt
9. jak się upijam wysyłam smsy, choć wiem, nie powinienem.
10. chociaż chcesz to się nie wyprowadzisz
11. potrafimy się całować w teatrze
12. umiem się pieprzyć jak zwierzę, a ty kochać mnie w egipcie

1. co rano jestem zdolny ciebie pocałować
2. umiem kochać przez pryzmat pełen zinfantylizowanych much i wycierać twoje łzy, kiedy stary chuj cię nie doceni
3. potrafisz zrozumieć, że to nic, że w moim samochodzie nie ma szyby, skoro i tak po ciebie jadę
4. we wrocławiu dochodzimy razem. w ubikacji.
5. nie możesz chodzić po osiedlu z tyłkiem na wierzchu
6. czasem zdarza mi się coś popieprzyć. wtedy mocniej cię kocham i tak szczerze przepraszam
7. umiesz mnie olać i spotkać się ze znajomymi
8. londyn podpowiada, do jakich rozmiarów można tęsknić
9. bo powtrzymuję się, by nie zamordować każdego grubasa w żółtej bluzie, co za tobą się przechadza
10. jesteś piękna, nawet jak pieprszysz głupoty
11. świetnie wyjeżdżasz z parkingu.
12. staram się nie zrobić ci krzywdy, nawet jak się spóźniasz na sylwestra.

1. cały świat przy tobie ma kompleksy
2. tylko tutaj widzę, jak twoja osobowość jest uzależniająca

Co najgorsze, wola do zrealizowania nawet najbardziej uzasadnionego celu jest zupełnie niezależne od tegoż. Jest jak różnica, między tym, co pragnę osiągnąć na swoim rowerze a tym, z jaką prędkością on się przemieszcza. Z groteskową. I wszystko przez śnieg.
środa, 03 grudnia 2008
Pamiętam siebie, towarzyszącą nam niechęć, wybiórczy głos roisin. Śpiewała

I don’t know what to do
If you dare to deny it
I’m always reminded of you

W tej chwili pisanie mi nie przystoi. Zresztą, w ten sposób określać tę czynność to nieodpowiedzialność, to perfidia, wymuszona nonszalancja. Chociaż chciałbym, przecież jestem zakochany, przecież jestem zauroczony, pewny i otwarty. Tyle, że trochę za lekki. Po prostu, oderwałem się i kasuję się powoli, kasuję do zera. Potrzebuję faktu, wysublimowanie powitego jej nagim ciałem, blond włosami, omiatającymi nieproszone pryszcze, tak genialne pryszcze. Faktu, żeby zrobił mnie faktycznym. Osadzonym i ustanowionym. Ustalonym.

Jeszcze chwilę poczekam, dokończę się jak płyta w odtwarzaczu bez funkcji toggle repeat. Historia wręcz ubóstwia się powtarzać - za kilka tygodniu znów te białe, kurewsko niepewne bydle porwie mnie w głupie miejsce. Kilka egzaminów, kilkanaście kaw i płytkich póz pana B.

A przecież jeszcze się nie poznaliśmy, nie dotarliśmy. Ja chcę. 
piątek, 17 października 2008
throw it away
Trochę mu współczuję. Ciągle wycisza telefon, żeby nie słyszeć, że ona nie pisze. 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18